Ł ó d ź

    Pojechałyśmy i udało się nam wrócić. Postanowiłam powściągnąć moje wrodzone skłonności do marudzenia i uznać, że wszystko co było nie tak, zostało spowodowane deszczem. Deszczem, który od wczesnego popołudnia padał wciąż i wciąż, padał całą noc i z oczywistych powodów, przestał gdy wyjeżdżałyśmy. Pięciogodzinna podróż w mokrych skarpetkach to wspaniała nagroda za trudy dnia poprzedniego. Prawdę mówiąc, miałam mokre nie tylko skarpetki, ale wszystko inne również, włączając w to wnętrze torebki. Tylko, że akurat tam nie napadał deszcz, tylko pękła ( jak to możliwe, nigdy już się nie dowiem ) butelka piwa. Nie pocieszył mnie nawet fakt, że dostałam kolejne gratis, gdyż zalałam pendriva i wszystkie materiały z wystawy.
    Ale skupiając się na pozytywach, byłam pierwszy raz w Łodzi, więc musiałam zrobić kilkanaście obowiązkowych zdjęć domów, dachów i innych inspirujących ulicznych widoków, ale najbardziej spodobały mi się wytwory tamtejszych cukierników.



Kolejnym wielkim pozytywem jest to, że nie zgubiłyśmy się ani razu, choć oczywiście udało nam się zrobić kilkanaście bezsensownych kilometrów w miejsc gdzie dało się dojechać autobusem. Miejsce wystawy jest naprawdę świetne i przestrzeń do wystaw jest idealna, może z tym małym zastrzeżeniem, że w dużych salach nie ma świata.... Jak już wspomniałam padał deszcz, więc o 20.15 nie było już zbyt jasno, więc część zdjęć tych wnętrz wyszła cudownie czarna.













Było dużo prac, które bardzo mi się podobały, fajne malarstwo, grafika, ale ze względu na wspomniane wyżej oświetlenie, nie mam więcej zdjęć, które nadają się do publikacji.
Po obejrzeniu całej wystawy poszłyśmy do Hydrofonii na pokaz projekcji filmowych. Przeżyłam tam cudowne zaskoczenie, że wiszą tam prace Iwony Chmielewskiej ( byłam u niej na paru świetnych zajęciach z ilustracji, które prowadziła na edukacji artystycznej, nim życie i sesja zmusiły mnie bym przestała ), które można było obejrzeć, mimo, że wernisaż będzie dopiero w niedzielę. W końcu mogłam zobaczyć je na żywo - czystość i staranność z jaką były wykonane zrobiła na mnie duże wrażenie. Urocze koronki, małe skrawki kolorowych papierków i materiałów, połączone z akwarelą w małym formacie były cudowne.


  
      Na pokaz filmów powinnam spuścić ciężką zasłonę milczenia. Nikt nie mógł lub nie umiał  nagrać płytki DVD tak by filmy odtwarzały się jeden pod drugim, pod koniec każdego więc, wolontariusz stękając z niesmakiem, wstawał z drugiego końca sali by włączyć następny. Nikt również nie powiedział uczestnikom, iż wyświetlane filmy mają się posługiwać jedynie obrazem, bez dźwięku. Więc ci twórcy, którzy tego nie wiedzieli, mogli być, co wiem z pierwszej ręki, nieco zaskoczeni konwencją wyświetlania filmów bez dźwięku, tam gdzie dźwięk stanowi integralną część fabuły i film jest bez niego po prostu bez sensu. Co prawda z laptopa organizatorów dochodziły jakieś cichutkie pomruki, ale nie polepszało to odbioru. Do tej pory więc nie wiem, czy większość filmów była niema, czy po prostu nie było ich dobrze słychać.
Miałam nie narzekać, nie będę więc dalej rozpamiętywać tego nieszczęsnego deszczu, który znów zaczął padać gdy wyszłyśmy z Hydrofonii, bo było bardzo fajnie i dalsza część wieczoru upłynęła nam na kontemplacji koncertów.
           Miła, mokra wycieczka.

2 komentarze:

  1. Szczerze zazdroszczę wyjazdu do łodzi na wystawę ;> Liczę że zagoszczą w Trójmieście :)) To i ja polecę w te pędy :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Na razie mam problem jak zdjąć prace i nie jechać do Łodzi :)

    OdpowiedzUsuń